W Mieleszynie zamęczono „czarownicę”!

Zapewne wielu Czytelników zna historię spalenia na stosie 10 kobiet, w tym dwóch dziewczynek, oskarżonych o czary do którego doszło 30 września 1761 roku w miejscu zwanym dzisiaj „Kuś”. Historia ta jest głośna chociażby ze względu na świetny film „Kuś – Historia Zielarek z Gorzuchowa”. Ale czy ktokolwiek słyszał o historii Anny Bernatównej z Mieleszyna, którą w czasie „potopu szwedzkiego”, także oskarżono o czary?

Podczas moich coraz częstych wyjazdów na spotkania z mieszkańcami naszego regionu rozsianymi po całej Polsce, mającymi dzisiaj między 80 a 100 lat; wyjazdami do archiwów, gdzie znajdują się dokumenty związane z powiatem gnieźnieńskim, jak i spotkań w wielu parafiach, gdzie także znajdują się akta dużo mówiące o historii ziemi gnieźnieńskiej, napotykam na wiele nieznanych albo też dzisiaj już zupełnie zapomnianych historii.

Podobnie było w przypadku tej historii. Materiały do niej uzyskałem od niezwykłego człowieka, który opowiadał mi o zagadkach pałacu w Przysiece w gminie Mieleszyn. Kilkugodzinne spotkanie poświęcone rezydencji rodziny von Wendorffów, było też okazją do poruszenia innych tematów związanych z naszym regionem. Tym sposobem poznałem losy Anki Bernatównej. W skrócie przedstawiają się one następująco:

Czas „potopu szwedzkiego”
Była zima roku 1656. Do swojego dworu niedaleko dzisiejszego Mieleszyna wracał z Bydgoszczy Krzysztof Gołębski. Wracał z trzosem nabitym złotem za sprzedaną Szwedom pszenicę ze swoich magazynów. Gdy już było blisko swojej rodowej siedziby, wpadł w zasadzkę oddziału polskich partyzantów dowodzonych przez Grzegorza Kopcia, którego brata Gołębski kilka tygodni wcześniej kazał przywiązać do drzewa i zostawić na noc podczas trzaskającego mrozu (rano czeladź odwiązała skostniałego trupa i wydała rodzinie).

Kopeć z grupą uzbrojonych partyzantów, złapawszy Gołębskiego, rozebrali go do prawie do naga (został tylko w portkach) i puścili wolno. Szlachcic ledwo żywy dojechał saniami do dworu swojego szwagra Sielskiego w Mieleszynie.

Do chorego Krzysztofa Gołębskiego sprowadzono cyrulika, który jednak niewiele pomógł. Chory zaczął majaczyć. Za radą ekonoma wezwano ze wsi znachorkę Agatę. Ta przyszła, obkadziła łóżko i zawyrokowała, że Gołębski został opętany przez diabła. Ekonom stwierdził, że czary zadała Anka Bernatówna, ta sama która nie chciała być mu uległą. Stwierdził, że widziano ją we wsi, gdy czyniła tajemnicze znaki nad jadącym saniami pół nagimi Gołębskim. Zdecydowano się wziąć Ankę Bernatównę na tortury.

„Próba wody”
Gdy kat przybył, dziewczyna była już związana, ponieważ wcześniej złapali ją pachołkowie szlachcica. W obecności kata poddano dziewczynę „próbie wody”. Jeśli by się utopiła – znaczyło, że była niewinna, a jeśli nie utonie – paktuje z diabłem.

Związaną dziewczynę zawleczono nad pobliski staw – gdzie wykuto przeręble – i opuszczono ją z pomostu do wody. Bufiasta bluzka i obszerna spódnica nie pozwoliła Ance Bernatównie pójść na dno. – Nie tonie! Czarownica! – wyrzekł pan Sielski sakramentalną formułę. – Bierzcie ją na tortury! – polecił katu.

Tortury w lochu
Znad stawu zawieziono dziewczynę do dworu Sielskiego. Kat zaprowadził ją do lochów, gdzie zgolił Bernatównie włosy, wykręcił ręce i nogi do tyłu, związał powrozem i kazał wsadzić do beczki w pozycji klęczącej. Miała tam pozostać na noc. Rano następnego dnia, po dalszych torturach, miała być spalona na stosie! – Ludzie, co wam zrobiłam!? Na rany Chrystusa, ludzie zlitujcie się, jam niewinna! Ludzie! Ja zemrę! Wody – błagała Anka Bernatówna. – Wołaj swojego przyjaciela diabła, niech cię napoi! – krzyczał zawiedziony w swoich miłosnych podbojach ekonom i zaryglował drzwi lochu.

Pomoc przyszła za późno
Rankiem następnego dnia, do Mieleszyna zbliżał się oddział partyzantów, na wierzchowcach, zdobytych na rozgromionym szwadronie rajtarów. Wśród jeźdźców był mężczyzna o imieniu Szymon, którego narzeczoną była Anka Bernatówna. Gdy dojechali do wsi, oddział zatrzymał się przy karczmie, a Szymon pojechał do domu Anki. Po chwili jednak wrócił wołając: – Nieszczęście! Ankę na tortury wzięto! O czary ją oskarżyli! W beczce zakuli na noc! Nie wiadomo czy jeszcze żyje. Ponoć ten czort ekonom podmówił dziedzica, bo Anka nie chciała mu być uległą!

Oddział ruszył do dworu. Szymon dopadł do lochu, przy pomocy innych wyważył drzwi i z kagankiem w ręku pobiegł schodami w dół. – Anka! Anka! – wołał, idąc w głąb lochów.

Nie było odpowiedzi. Rąbek światła musnął w kącie beczkę. Szymon wydał szaleńczy okrzyk bólu. Jego towarzysze dopadli beczki, rozłupali ją, rozwiązali powrozy i ułożyli dziewczyną na ziemi. – Wieczne odpocznienie – westchnął któryś, obnażając głowę w obliczu śmierci. Inni poszli za jego przykładem. Tylko Szymon jak oszalały wybiegł z lochu…

Jakiś czas potem dwór stał w płomieniach… Spaliło się znienawidzone przez chłopów siedlisko tyranii, ucisku i krzywdy ludzkiej. Razem z dworem spłonęli też ekonom i jego pan…

Dworu nie ma, lochy pozostały
Historię, którą wyżej opisałem, znalazłem w broszurze wydanej w Poznaniu w 1954 roku pt. „Mieleszyn czyli nie tak to dawniej bywało”. Ta broszura to obecnie już wydawniczy „biały kruk”, ponieważ wydrukowano ją w nakładzie kilkuset egzemplarzy, a do dzisiaj przetrwało tylko kilka sztuk tej książeczki.

Obecnie na wzgórku utworzonym z części gruzów po dworze, stoi piękny budynek z czerwonej cegły (częściowo zbudowany na fundamentach dawnego dworu). Budynek użyteczności publicznej. I niewielu wie, że piwnice tego budynku to dawne lochy dworskie, gdzie zimą 1656 roku zamęczono Ankę Bernatównę. Jeszcze w roku 1952 odkryto na wzgórku wejście do innej części lochów pod nieistniejącym dworem, ale wkrótce wejście to zasypano.

Dzisiaj w Mieleszynie nie ma żadnego śladu, ani po dworze, ani po lochach, ani po zamęczonej tam, oskarżonej o czary Annie Bernatównej. Może warto przypomnieć te historię a tym samym stworzyć ciekawą atrakcję turystyczną.

Drodzy Czytelnicy! Jeśli znacie podobne historie z powiatu gnieźnieńskiego lub okolic albo inne, zapomniane obecnie wydarzenia z dziejów naszej „małej Ojczyzny” proszę o informację na e-maila: fundacjahistoryczna@post.pl lub telefonicznie: 506-966-706.

Karol Soberski
Fot. K. Soberski