W krainie pancernych kolosów i… „Rudego” 102

Na ten moment czekało wielu miłośników militariów dla których 40 ton stali to nie złom a coś więcej. To emocje i gęsia skórka gdy się je widzi, czuje zapach oleju napędowego, ryk kilkuset konnych silników czy to uczucie jak ziemia drży gdy taki pancerny kolos przejeżdża koło nas… I to miejsce postanowili odwiedzić członkowie Fundacji Historycznej „Przywracamy Pamięć”.

Poznańskie zbiory pojazdów pancernych, które przez wiele lat stacjonowały w koszarach w jednostce wojskowej przy ul. Wojska Polskiego na poznańskim Golęcinie doczekały się swojego miejsca. Dzisiaj Muzeum Broni Pancernej stało się oddziałem Muzeum Wojska Polskiego w Warszawie z własnym zapleczem wystawienniczo–warsztatowym. Muzeum znajduje się przy ulicy 3. Pułku Lotniczego 4 na terenie dawnej jednostki 1. Brygady Rakietowej Obrony Powietrznej.

– Na tę wiadomości oczekiwałem od dawna i z zapartym tchem czekałem kiedy nadejdzie moment otwarcia. Ta chwila nastąpiła na jesieni 2019, jednak dopiero teraz był czas aby wybrać się i zwiedzić to nowe miejsce na mapach turystycznych wojaży – mówi Szymon Raith, członek Fundacji Historycznej „Przywracamy Pamięć” i wraz z kolegami z Fundacji – Michałem Glanc i Arkadiuszem Gacą, pojechał do Poznania.

– Koledzy szybko zaakceptowali mój pomysł, uzgodniliśmy termin i czas wyjazdu. Padło na sobotę. Szybka pobudka rano, wyjazd do Gniezna w umówiony punkt zbiórki a potem to już poszło z górki. Dojazd do muzeum poszedł sprawnie i już o godzinie 10.08 byliśmy na miejscu – dodaje.

W Muzeum Broni Pancernej
Widać od razu, że miejsce jest świeżo wyremontowane i doprowadzone do bardzo dobrego stanu. Szybko zlokalizowaliśmy kasę biletową. W kolejce już kilka osób było przed nami i za nami. – Trzy normalne proszę, na co kolega Arek wtrącił a może jakieś ulgowe by się znalazły. Pani kasjerka była jednak nie ugięta i „odchudzeni” o 20 zł każdy wkroczyliśmy żołnierskim krokiem w miejsce dla mnie magiczne. Plac z zadaszeniem plus cztery duże garaże to część po której poruszamy się podczas zwiedzania – opowiada Szymon.

Cały układ zwiedzania ułożony jest chronologicznie pod względem dat produkcji eksponatów czyli zaczynając od najstarszych konstrukcji z początku pancernej ery a kończąc na tych modelach które jeszcze parę lat temu były wykorzystywane na poligonie.

Zaczynamy od sali A. W momencie wejścia do środka całej trójce od razu zapachniało olejami i ropą, która unosiła się w powietrzu. To dobry znak. W tej sali na pierwszym planie widzimy brytyjski model czołgu Vickers, który czeka na swój remont. Obok niego dwie polskie konstrukcje: ciągnik artyleryjski C2P oraz TKS nazywanych podczas września 1939 przez Niemców „pancernymi karaluchami”. Z tego okresu pochodzi również samochód pancerny wz.34.

Obok sprzęt aliancki M4A1 Halftrack oraz niszczyciel czołgów M10 Achilles brytyjska wersja. Dalej pojazd zwiadowczy Dingo w kamuflażu pustynnym sąsiadującym ze znanymi autami zza wielkiej wody Jeepami Willisami. Na samym końcu napotykamy na szczególny widok dla każdego fana serialu „Czterej pancerni i pies”: czołg T- 34 „Rudy” w wersji z powycinanymi płytami pancerza w celu łatwiejszego kręcenia scen ze środka czołgu. Filmowcy zmuszeni byli powycinać otwory w czołgu, ponieważ ówczesne kamery były na tyle duże, iż w środku nie starczało dla nich miejsca i musiały być umiejscowione poza czołgiem

– Tu chwilę przystajemy i oglądamy grubości płyt pancernych, rozmieszczenie amunicji czy miejsce mechanika-kierowcy tego czołgu. Wszyscy jesteśmy pod wrażeniem i zastanawiamy się jak załoga mieściła się w tak ciasnej przestrzeni – mówi Szymon.

Wychodząc z sali kierujemy się do punktu B. Tam na pierwszy strzał natrafiamy na jedną z chyba największych atrakcji Muzeum. Mianowicie niemiecki niszczyciel czołgów STUG IV wyciągnięty kilka lat temu z rzeki Rgilewki. Jest to jedyny na świecie zdatny do ruchu pojazd i drugi na świecie pod względem oryginalnego zachowania.

Dalej możemy podziwiać radzieckie konstrukcje czołgów i dział samobieżnych. Zaczynając od T-70, SU-76M, SU-85, IS-2, T-34-85, IS-3, ISU-122. Po tej dawce radzieckiej konstrukcji i stali nie dziwie się, że do dziś w naszym słownictwie często mówimy „przerąbane jak w ruskim czołgu”.

Na terenie tego pawilonu umieszczono trochę chyba dla równowagi niemiecki sprzęt w postaci półgąsienicowego ciągnika Sd.Kfz. 6 wraz z lekką haubicą polową 105mm wzór 1918. Oba w kolorze piaskowym wyróżniającym się na tle zielonej stali radzieckim potworów.

– To już połowa naszej wyprawy ale przed nami jeszcze 2 hale, więc weseli jak żołnierz na przepustce wchodzimy do sali C. Tutaj znajduje się sprzęt powojenny – wyjaśnia Sz. Raith.

Od razu dostajemy się pod lufę T-54, naprzeciwko niego swoje wdzięki dumnie pokazuje ASU-85 lekkie działo samobieżne wykorzystywane przez wojska desantowe, dla którego każdy kilogram wagi był ważny. Możemy tu spotkać transportery kołowe BTR-60PB, węgierski FUG D-442, BRDM-2, BTR-152 czy SKOT 2- AP. Dodatkowo również innego rodzaju pojazdy zarówno pływające, jak i poruszające się po gruncie. Ciekawostka jest TOPAS pływający opancerzony transporter produkcji czechosłowackiej.

Miłośnicy filmów i znanych reżyserów znajdą tu również coś dla siebie. Mianowicie na kadłubie wieży czołgu T-55A znajduje się autograf Stevena Spielberga, reżysera filmu ‚”Most szpiegów”, czołg jako rekwizyt był wykorzystywany w trakcie kręcenia scen do filmu na terenie Wrocławia.

Powoli zbliżamy się do końca naszej wyprawy, tuż przed wejściem do sali D, wita nas jeden z najmniejszych ale i zarazem najgroźniejszych uczestników walk na drugowojennych frontach. To niemieckie działo pancerne Jagdpanzer 38 (t) potocznie zwany Hetzer, konstrukcja ta była na tyle udana, że wykorzystywana była jeszcze po zakończeniu 2 wojny światowej przez armie Szwajcarską.

W tej części hali można śmiało wyczuć konflikt „Zimnej Wojny”, gdyż obok siebie stoją zarówno konstrukcje radzieckie i amerykańskie. Z jednej strony rodzina pojazdów M-47 oraz M- 60 Patton i jego konkurent T-72 wraz w polską modyfikacja w wersji „Wilk” czy też haubica samobieżna 2S1 „Goździk”

– Wszystko ma swój początek ale ma i koniec. Po blisko 2,5 godzinie zwiedzania dotarliśmy do końca naszej wyprawy. Chłopakom przypomniały się czasy wojska i smak grochówki wojskowej z kuchni polowej. Nie wszystkie modele pojazdów udało mnie się wymienić bo jest tego bardzo dużo – opowiada Szymon i dodaje: – Polecam każdemu to Muzeum, bo naprawdę warto je odwiedzić. Oprócz eksponatów jest tu również coś co zwróciło moją uwagę a mianowicie załoga muzeum. To chętni do rozmowy ludzie, chcący podzielić się swoją wiedzą ale i wysłuchać innych. Nie będą zakazywać robienia zdjęć czy uciszać zwiedzających gdy nagle między nimi dojdzie do rozmowy który czołg był lepszy T-34 czy Pantera. Są oni dobrym duchem tego miejsca i coś czuję, że jeszcze nie raz tu zawitam wraz z kolegami z naszej Fundacji.

(fh)